Przejdź do treści

Sobota, 15.01.2011

sobota, 15 stycznia 2011

Sobota, 15.01.2011 — zdjęcie z wpisu z 15 stycznia 2011

Po trzech burzowych dniach wczoraj po południu pogoda znacząco się poprawiła, co zapowiadało zdecydowanie lepsze możliwości wykonywania przelotów szybowcowych w sobotę.

Po bardzo dużych opadach deszczu, warunki termiczne dziś budziły się powoli. Nie było szans na cumulusy około godziny 10, tak jak bywało to jeszcze 5-6 dni temu (przed pogorszeniem sytuacji meteorologicznej). Prognozowane warunki na sobotę były zagadką - różne prognozy podawały różne dane - od termiki bezchmurnej aż do burz i opadów deszczu.

W przeciwieństwie do wielu zawodników latających w Gariep Dam, podobnie jak w poprzednich lotach postanowiłem postawić nie na dowolne latanie po najlepszych warunkach, ale na oblecenie może krótszej, ale deklarowanej trasy. W związku z niepewną pogodą wyłożyłem sobie umiarkowanej długości trasę - trójkąt FAI 529 km ze startem z boku. Ponieważ kilkadziesiąt kilometrów na zachód od lotniska była zapowiadana termika bezchmurna, postanowiłem pierwszy bok trasy wyłożyć w kierunku północno-wschodnim - mimo, że w poprzednich dniach spotykałem tam gorsze noszenia (nim dalej na wschód i północ tym na ziemi bardziej zielono i tym słabiej nosiło).

Wystartowałem o godzinie 12:06, choć można było trochę wcześniej. Jak na 500 km czasu jednak powinno spokojnie wystarczyć. Pierwszy bok - długości 92 km na północny wschód przebiegał powoli. Średnie znajdowane przeze mnie noszenia zaledwie 1,3 m/s, na szczęście jednak udawało się trochę podciągać po prostej. Jako, że nie było w czym się wykręcać, leciałem do przodu i tylko raz osiągnąłem podstawę. Ostatecznie wyszło bez rewelacji - 101 km/h na pierwszym boku. Częściowo winę można zrzucić na spodziewanie gorsze warunki na wschodzie (porwane chmury, słabe noszenia).

Drugi bok z początku też nie zachwycał, po raz kolejny spadłem na 700 metrów, ale nad bezludnym terenem, jednak znalazłem tam 2,7 m/s średniego! Chmury zaczęły rosnąć w oczach i dawać konkretne noszenia. Dobre noszenia jednak było ciężko znaleźć i zanim znalazłem kolejny akceptowalny komin spadłem jeszcze niżej niż poprzednio - ale opłacało się - 3,1 m/s średniego! Dalej lot przebiegał podobnie - zejścia na 800-900 metrów i noszenia od 2,5 do 4 m/s. Ostatecznie drugi bok długości 190 km pokonałem z prędkością 113 km/h. Gdybym nie musiał latać tak nisko i nie walczył z lekkim bocznym wiatrem (chmury w poprzek trasy) zapewne byłoby lepiej.

Połowa trasy za mną, prędkość na razie bez rewelacji. Pogoda jednak się dalej poprawia, na dodatek wiatr zaczyna wiać w plecy, a ja nabrałem więcej pewności siebie. Na efekty tych pozytywnych zmian długo nie trzeba było czekać - 155 km między drugim a trzecim PZ pokonałem w godzinę! Teraz trzeba tylko nie zepsuć dolotu. Do mety pozostało 92 km ale przede mną spora dziura i trzeba kombinować latając na boki. Daleko, w okolicy lotniska widać natomiast już opady deszczu. Trochę kombinowania, szukania, krótkich podkrętek aż wreszcie znalazłem dolotowe 3,2 m/s. Niestety dolot wciąż na minusie - a to przez to, że w LX i Oudi ustawiłem, że mam przylecieć na metę wysoko: 1000m poniżej odejścia na trasę (zgodnie z zasadami dla lotów rekordowych i warunkowych). Ostatecznie podbieram, zwalniam i przylatuję nawet wyżej - bo zapomniałem, że ustalony w urządzeniu zapas liczy się nie tylko do lotnisk, ale także na punktach zwrotnych i mecie.

Lot kończę z prędkością 125 km/h (log można znaleźć na OLC). To szybciej niż spodziewałem się przed lotem patrząc na niebo i porwane chmury. Mimo wszystko pozostał jednak lekki niedosyt - można było w kilku miejscach polecieć trochę lepiej. Będę musiał popracować nad koncentracją. Z pozytywów widzę, że latam dosyć pewnie. Gdy nie ma dobrych noszeń lecę do przodu i z musu schodzę nad niemal bezludnym terenem dosyć nisko jak na lokalne standardy. Jednak zawsze staram się mieć przynajmniej kawałek pola lub polnej drogi do ewentualnego lądowania (gdyby silnik nie odpalił). Za każdym razem jednak udaje się znaleźć rozsądne noszenie - widać w tych pogodach kluczowa nie jest wysokość, ale to czy chmura do której lecę pracuje.

Pogoda na niedzielę zapowiada się trochę lepiej, więc spróbuję wyłożyć trochę dłuższą trasę. Na 1000 km niestety może być za nisko i za krótko (warunki rozpoczynają się później i kończą wcześniej niż w modelowych dniach, kiedy jest szansa pokonać magiczną barierę). Najważniejsze, że przestało padać i następne dni zapowiadają się lotnie!

Michał

Więcej zdjęć